niedziela, 6 sierpnia 2017

Księżyce sierpniowe

Za kilka dni zaczną się pojawiać. Wielkie i potężnie pomarańczowe, tuż nad dachami domów, bloków, nad lasem i górą. Fascynujące i piękne. Olbrzymy, zwiastuny nowego, dające znać, że za moment przyjdzie on… miesiąc zmian - wrzesień. Od lat czasu, kiedy dzieje się wszystko. Wszystko kończy się i zaczyna. Inaczej być nie może, to harmoniczny rytm, tętno życia. I nie muszę nic z tym robić, wiem, że samo przyjdzie i wszystko się odmieni. Właśnie wtedy. Przebiegunowanie życiowej skorupy, kalibracja kompasu, przewartościowanie wartości, zegar wstecz, licznik na zero i od nowa. Odnowa. 

Para buch, koła w ruch. 

Plus milion do asertywności, kilka procent więcej do odczuwalnego egoizmu, kilka stopni więcej w hierarchii własnej świadomości. Hektolitry tłoczonej w serca rurach miłosnej kanalizy, która tłoczy się tam ciągle, aż wystrzeli w końcu pokrywą studzienki w miasto, wiatr, powietrze i kosmos.  A wystrzeli na pewno. Lada wrześniowy dzień. 

Póki co z dodatkiem Egri bikavér emotikonuję wieczorne dobranoc, po to, aby przenieść się tam gdzie będzie najwygodniej spoglądać w niebo i obserwować moje sierpniowe giganty. Kiedyś uda mi się ich dotknąć. Kiedyś będę jednym z nich - sierpniowym księżycem.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Ta droga przede mną...

Jak to jest czuć wszystko, wiele i więcej, i za cholerę nie mieć możliwości w pełni się tym dzielić?
Jak to jest co rano wstawać, budzić się, co jakiś czas obok i ten cały jebany świat zamykać w kilku ścianach? Jak to jest wierzyć w rzeczy, których nie możesz wyznać, wrzucić na afisz, wykrzyczeć i wydrapać kamieniem na murze?

Wstać z łóżka, ubrać się i wyjść, a potem po prostu stać się akceptowalnym oszustem, przypadkiem tylko razem kupować makaron i pomidory. Nie trzymać za rękę, nie patrzeć zbyt głęboko w oczy, napinać mięśnie siedząc na ławce wtedy kiedy chcą objąć. Przed wejściem do pociągu żegnać się uściskiem dłoni, trzymając całe wnętrze zakneblowane do bólu i potu, aż sine. 

Jak to jest planować ślub, wspólny dom, ogród i przyjęcia z najbliższymi i całą wielką rodziną? 
Jak to jest posiadać najpotężniejsze na świecie szczęście i nie móc dać jego kawałka Matce czy Ojcu. Jak to jest patrzeć Matce w oczy i tłumaczyć brak swojej obecności na obiedzie koniecznością nadgodzin w robocie? 


Obyś nigdy nie musiał tego wiedzieć. 



sobota, 20 maja 2017

Spokój

Spokój

To taki duch - niecierpliwy, trochę wariat, często ucieka ale ciągle jest. Mój spokój ukryty jest w dźwiękach gitary, zapachu kawy, nie tylko słodkich pysznościach, starej szkoły rysunkach na papierze i ciele. 


Dziękuję Wam - mój spokoju.

wtorek, 7 lutego 2017

Twój

deszczem 
nie z rynny

z rury

deszczownicą 
spada na podłogę kolejny dzień

chlor?

bez niego ani rusz

nie da się bez chloru

ja mam swój
ty masz swój

i każdy z nas jest chlorem 


czyimś.

Czarne/czerwone

jazz?
ciągle gra

przemijają dni jak 
szalone konie

w dzikich odmętach 
to w prawo 
to w lewo

serce jakby miłości pełne
ale to chyba zwykłe porno tylko

pstryk
kolejna dobra
i czas

i cały ten czas

przemija

jak błyskawice 
momenty
czarne

czerwone

niedziela, 11 grudnia 2016

Cytaty Tacyta

Jakby lepiej, jednak ciągle nie wiem o co chodzi. Niby układają się litery, składają się zdania. Ciągle to nie to. Ponoć zranieni, źli, wkurwieni na świat - tworzą najlepiej. Dopada mnie obojętność, której nie wiem jak się wyzbyć. Coś jest w środku ale tak głęboko, upadło tak nisko, że przypomina szum w uszach po rockowym koncercie. Coś szumi, dudni, czasem boli, ale za cholerę nie wiesz co to jest, gdzie to jest. Kładziesz się spać, a ta wibra gdzieś tam w środku nie odpuszcza. Dźwięków kac, długa pauza - niewiadoma. 

Jest coś takiego w tym naszym życiu, że doskonale wiem co dla nas dobre, co złe. Doskonale wiemy, w którą stronę iść, a jakich dróg unikać. Gdzieś tam wewnątrz to wszystko jest już nam znajome, a mimo to natura durnia człowieka ciągle pcha nas tam gdzie nie powinno nas być, czego nie powinniśmy wcale robić. Coś co karze nam spotykać ludzi, którzy nie są naszymi ludźmi. Ale to robimy… żeby zdobyć doświadczenie, ukształtować światopogląd, bo musimy dostać w dupę, żeby w końcu wskoczyć na tę prawidłową ścieżkę, tę samą, którą jeszcze przed momentem uznaliśmy za całkowicie złą. I ta cholerna duma, która nie pozwala nam przyznać się do błędu - bo przecież jesteśmy najlepsi i nieskazitelni. Gówno. 

Wstaję z mojego kawałka dywanu. Otwieram balkon, zapalam fajkę. Wino przepływa przeze mnie niczym morze śródziemne. 

Wszystko to tylko wymówki. Wymówki po to, żeby nie ranić siebie odrzuceniem, nie ranić siebie złym spojrzeniem drugiego człowieka, wymówki żeby nie dać zachwiać swojej pozycji, którą mamy wrażenie, że przez lata wypracowywaliśmy, a która jest jedynie sumą ściem tych, którzy liżą nam dupę, bo są słabi. Ci prawdziwi wokół nas zawsze powiedzą to co jest prawdą. To te trzy osoby spośród tysiąca ‚przyjaciół’ lajkujących moje foty na FB. Ci, którzy potrafią powiedzieć ‚nie rób z siebie szmaty’. Dziękuję. 

Kolejny mach, zaciągam się, robi się zimno. Kto normalny stoi w majtkach na balkonie przy 2 stopniach w środku nocy. 

Wypuszczam powoli ostatni ten dym. Nie więcej, nigdy więcej. Nigdy więcej ściem, względem samego siebie - o sobie samym, bo te najbardziej ranią najbliższych. Koniec kłamstw. Jestem taki jaki jestem. Albo to bierzesz i idziesz dalej ze mną, albo odrzucasz na zawsze. Wybieraj. 


Oto ja. 

poniedziałek, 14 listopada 2016

Na sen

Jakby ostatkami sił łapię się kolejnych sznurków i podciągam ku górze. Blade światło reflektora, którego kiedyś tak bardzo chciałem, rzucone na scenę, dzisiaj zdaje się parzyć. Próbuję uciec. Im wyżej się podciągam tym bardziej oślepia i znowu spadam w dół. Parzy. Dłonie pocięte od sznura, wzrok coraz gorzej znosi blask lampy. Po omacku dosięgam lin i podciągam się - ten ostatni raz. 

W końcu się udało. Nie widzę już nic. Wyciągam rękę i po omacku szukam tego co jeszcze wyżej. 

Sufit. Tafla betonu. Koniec. 

Nerwowo szukam włazu, drzwi, klapy. Nie ma nic. Tylko beton. 

Koniec. 

Puszczam liny i spadam w dół.


Jest ciepło. Miękko. Już nic nie parzy.