sobota, 20 maja 2017

Spokój

Spokój

To taki duch - niecierpliwy, trochę wariat, często ucieka ale ciągle jest. Mój spokój ukryty jest w dźwiękach gitary, zapachu kawy, nie tylko słodkich pysznościach, starej szkoły rysunkach na papierze i ciele. 


Dziękuję Wam - mój spokoju.

wtorek, 7 lutego 2017

Twój

deszczem 
nie z rynny

z rury

deszczownicą 
spada na podłogę kolejny dzień

chlor?

bez niego ani rusz

nie da się bez chloru

ja mam swój
ty masz swój

i każdy z nas jest chlorem 


czyimś.

Czarne/czerwone

jazz?
ciągle gra

przemijają dni jak 
szalone konie

w dzikich odmętach 
to w prawo 
to w lewo

serce jakby miłości pełne
ale to chyba zwykłe porno tylko

pstryk
kolejna dobra
i czas

i cały ten czas

przemija

jak błyskawice 
momenty
czarne

czerwone

niedziela, 11 grudnia 2016

Cytaty Tacyta

Jakby lepiej, jednak ciągle nie wiem o co chodzi. Niby układają się litery, składają się zdania. Ciągle to nie to. Ponoć zranieni, źli, wkurwieni na świat - tworzą najlepiej. Dopada mnie obojętność, której nie wiem jak się wyzbyć. Coś jest w środku ale tak głęboko, upadło tak nisko, że przypomina szum w uszach po rockowym koncercie. Coś szumi, dudni, czasem boli, ale za cholerę nie wiesz co to jest, gdzie to jest. Kładziesz się spać, a ta wibra gdzieś tam w środku nie odpuszcza. Dźwięków kac, długa pauza - niewiadoma. 

Jest coś takiego w tym naszym życiu, że doskonale wiem co dla nas dobre, co złe. Doskonale wiemy, w którą stronę iść, a jakich dróg unikać. Gdzieś tam wewnątrz to wszystko jest już nam znajome, a mimo to natura durnia człowieka ciągle pcha nas tam gdzie nie powinno nas być, czego nie powinniśmy wcale robić. Coś co karze nam spotykać ludzi, którzy nie są naszymi ludźmi. Ale to robimy… żeby zdobyć doświadczenie, ukształtować światopogląd, bo musimy dostać w dupę, żeby w końcu wskoczyć na tę prawidłową ścieżkę, tę samą, którą jeszcze przed momentem uznaliśmy za całkowicie złą. I ta cholerna duma, która nie pozwala nam przyznać się do błędu - bo przecież jesteśmy najlepsi i nieskazitelni. Gówno. 

Wstaję z mojego kawałka dywanu. Otwieram balkon, zapalam fajkę. Wino przepływa przeze mnie niczym morze śródziemne. 

Wszystko to tylko wymówki. Wymówki po to, żeby nie ranić siebie odrzuceniem, nie ranić siebie złym spojrzeniem drugiego człowieka, wymówki żeby nie dać zachwiać swojej pozycji, którą mamy wrażenie, że przez lata wypracowywaliśmy, a która jest jedynie sumą ściem tych, którzy liżą nam dupę, bo są słabi. Ci prawdziwi wokół nas zawsze powiedzą to co jest prawdą. To te trzy osoby spośród tysiąca ‚przyjaciół’ lajkujących moje foty na FB. Ci, którzy potrafią powiedzieć ‚nie rób z siebie szmaty’. Dziękuję. 

Kolejny mach, zaciągam się, robi się zimno. Kto normalny stoi w majtkach na balkonie przy 2 stopniach w środku nocy. 

Wypuszczam powoli ostatni ten dym. Nie więcej, nigdy więcej. Nigdy więcej ściem, względem samego siebie - o sobie samym, bo te najbardziej ranią najbliższych. Koniec kłamstw. Jestem taki jaki jestem. Albo to bierzesz i idziesz dalej ze mną, albo odrzucasz na zawsze. Wybieraj. 


Oto ja. 

poniedziałek, 14 listopada 2016

Na sen

Jakby ostatkami sił łapię się kolejnych sznurków i podciągam ku górze. Blade światło reflektora, którego kiedyś tak bardzo chciałem, rzucone na scenę, dzisiaj zdaje się parzyć. Próbuję uciec. Im wyżej się podciągam tym bardziej oślepia i znowu spadam w dół. Parzy. Dłonie pocięte od sznura, wzrok coraz gorzej znosi blask lampy. Po omacku dosięgam lin i podciągam się - ten ostatni raz. 

W końcu się udało. Nie widzę już nic. Wyciągam rękę i po omacku szukam tego co jeszcze wyżej. 

Sufit. Tafla betonu. Koniec. 

Nerwowo szukam włazu, drzwi, klapy. Nie ma nic. Tylko beton. 

Koniec. 

Puszczam liny i spadam w dół.


Jest ciepło. Miękko. Już nic nie parzy. 

czwartek, 20 października 2016

Dzięki za wszystko

-  Lekki? Co Ty tam znowu montujesz? Nie potrafisz na dupie usiedzieć… ja pierdole 
-  Jeszcze tylko kilka spawów i będzie gotowe…


Miało być o budowaniu potężnej kewlarowej kopuły, nowego domu, pięknego zimnego schronienia.    Ale to chyba nie ma sensu. Prędzej czy później czas - ten czy inny - i tę kopułę zrówna z ziemią. Czy wtedy znajdą w niej mnie czy moje zwłoki - co za różnica, po tak długim czasie będę blady i sflaczały. Właściwie nie da się odróżnić już wtedy żywego od trupa, no bo jak siedzi się w jednym miejscu to, jakby nie było, umiera się powoli - czy to z zewnątrz czy w środku.

Możesz tak siedzieć i modlić się o kolejnego anioła, albo wstać i iść. Poznać świat ten, którego jeszcze nie znasz, ludzi i stać się znowu tym aniołem, którym byłeś kiedyś. Możesz…

Przeprosiłem dzisiaj za to jaki byłem kilka chwil temu, człowieka, a w zamian otrzymałem wzgardę i nieco śmiechu. Mała śmiechu garść, ale przybiła jak stutonowy głaz. I ten głaz rozbił się na miliony części na żwir i piach, i przeniknął we mnie jak woda w ziemię. Teraz ten głaz jest częścią mnie. Fakt, już mnie nie ma takiego jak kiedyś. Jestem twardszy - o ten głaz, silniejszy - o ten głaz, bardziej zimny niż przed tem - bo ten głaz mi ciepło zabiera. I jestem teraz takim głazem na nogach, tytanem miłości zaklętej w kamień. W żyłach płynie mi krew, a może to lawa, która za każdym razem kiedy wydostanie się na zewnątrz zamienia się w twardą skorupę i broni dostępu do tego, co najcenniejsze - bijącego ciągle gdzieś na dnie serca. 

Spoglądam dzisiaj z wyjątkowym spokojem wstecz, do tyłu o rok, do tyłu o dziesięć. Znajduję całą górę podobieństw, linii łączących fakty, miejsca i zdarzenia. Jak w tych dziecięcych kolorowankach, gdzie jedno trzeba połączyć z drugim. Jednym się udaje, innym nie. Ja ciągle myślę, że przecież każde z każdym połączyć można - trzeba tylko chcieć i soczyście pierdolić to, że te nitki się ciągle plączą.

RIOJA - to moje ulubione wino hiszpańskie. I czeskie określenie na wytrawne - suché. Gdzieś te czeskie korzenie ciągle we mnie tkwią. 

No ale nie o tym…

Tak, motyw czterech białych ścian przewija się jak znak krzyża przy modlitwie Moherowego Towarzystwa Przyjaciół Krzyża i będzie się przewijał - są wokoło. Zatem siedzę tu w tych czterech białych ścianach i zastanawiam się dlaczego nie uczę się na błędach. Dlaczego ciągle we mnie tyle wiary w to, że mogę odzyskać, wrócić, mieć na nowo?

Kamień. Te miliony drobinek kamienia, który przed momentem rozbił się o mnie przepływają z krwią do mózgu. Opadają ręce, nie można swobodnie trafiać w litery na klawiaturze. Uda, łydki i stopy zdają się być coraz bardziej odrętwiałe. Szczęka przyjmuje właśnie tysiące mikro mrówek na pokład, a oczy powoli łapią ostrość jak stary obiektyw bronica sterowany ręką, tą co to opadła przed momentem. 

I co? I nic. Wstaję powoli. Mimo, iż wydawało mi się już od kilku tygodni, że stoję. Łapię się oparcia sofy, krzesła, stołu i ściany. Sinead śpiewa, że nothing compares to mnie i jestem w stanie uwierzyć. 

Dlaczego? Chyba zdałem sobie sprawę, że w całym tym egoizmie, który noszę w sobie, ciągle szukam w tym życiu kogoś, kto będzie moim lustrzanym odbiciem. Przecież nie o to chodzi… 

Tak, jestem złym człowiekiem. Gdybym był dobry cały czas byli by przy mnie ci ludzie co pięć, a może sześć lat temu. Gdzie oni są? 

Łatwo było być gwiazdą, kiedy wokoło były dziesiątki, setki ludzi gotowych klaskać na dźwięk porannego pierdnięcia. Bo tak było. Nigdy nie chciałem przestać być „dzieciakiem”. To samo przestało obowiązywać, dużo wcześniej niż zauważyłem. 

Dlatego wstaję z tej pieprzonej podłogi przy przyniskim stoliczku. Łapię się wszystkiego wokoło, naciskam klamkę i wychodzę. Gdzie? Nie wiem… Linda Perry śpiewa, że wychodzi na zewnątrz i pyta ten zasrany świat „O co tu chodzi?”… uwielbiam tę piosenkę i śpiewam ją sobie w każde urodziny od 25 roku życia… What’s going on? 

Zapalają się kolejne lampy na klatce schodowej… otwieram drzwi - ostatnie, które mi zostały, wychodzę. Trochę pada… idę. 

Rioja? Kamienie? Nie łatwo. Idę. 
Leje jak skurwysyn.


-  Ej! Lekki! - Lekki!!! 
Idę… ręka w górze…


- Dzięki! - za wszystko…