niedziela, 8 października 2017

Wersje

Jakim sobą się dzisiaj obudziłeś? Ty z wtorku, ze środy? A może po prostu udało Ci się trafić w sobotni mood? 

Gówno prawda, sam już nie wiesz. Ludzie nauczyli się tworzyć dziesiątki wersji samych siebie. Siebie do rozmowy z szefem i lizania mu dupska, siebie do kupowania gazety w kiosku i bułek w piekarni. Siebie na wieczór do wyjścia do brata z litrem wódki, i siebie na wieczór w kinie z laską, którą fajnie byłoby wyruchać. Kolejna forma, sztanca i wersja. Poniedziałkowa, wtorkowa, coś na środę i czwartek, piątkowy mood na koniec tygodnia i sobotni kac. Twarz za twarzą, a z a nią kolejna. Jak drożdże mnożą się wersje człowieka w zależności od sytuacji. Jedna po drugiej, bez przerwy. 

Jak wyśmienitym tancerzem trzeba być, by na tylu parkietach odwalać równo wszystkie tańce? Pieprzony Travolta z Gorączce sobotniej nocy był tylko jeden. JEDEN, tak jak parkiet na którym wystąpił. Ciągła życiowa gonitwa każe nam przebierać się w coraz to nowsze stroje, niczym Maryla Rodowicz w trakcie półgodzinnego show. Tylko, że i tu, tak jak u Niej, to staje się coraz bardziej śmieszne, a twój show zamienia się w występ na osiedlowym festynie parafialymn, i tak jak Ona, nie zauważasz tego od lat…

Ciągle nowe wersje.

Mam 32 lata i w końcu, W KOŃCU, nie muszę nikogo udawać. Oto ja. 
Żaden pudrowany trener nie powie mi już TWÓRZ NAJLEPSZĄ WERSJĘ SAMEGO SIEBIE, wciskając mi przy tym swoje teorie na temat tego jak żyć - tworząc tym samym rzeszę jednakowych kopii według swojej opowieści. 

Oto JA. 

Jedyna żywa, i prawdziwa wersja mnie. Jedyne co można nieco ulepszyć. Dla siebie? Nigdy. Jedynie dla kogoś. 

Nie twórzcie wersji… do cholery. Łatwo pomylić ścieżki, odwalić zły show, nie dla tej publiki. Nie warto.

- Lekki.
- Co?
- Pisanie o szczęściu nie wychodzi ci zbytnio…
- Tak myślisz?
- Wręcz żałośnie…
- No to znowu mamy o żalu - dobrze jest! 
- echhh… kurwa…

poniedziałek, 18 września 2017

Łyżka szczęścia

Jaką łyżką mierzysz swoje szczęście?

W domu rodzinnym uwielbiałem jeść ulubione dania największą możliwą z łyżek (nie licząc chochli). Była tak wielka, że ledwo mieściła się mi w usta. Stara była, o czym świadczył jej starty od nabierania zawartości talerza przód. Była najbardziej z pojemnych łyżek. Żur z pucami, z największej miski, największą łyżką - cały był mój. 

Tak nauczono mnie w domu czerpać szczęście z tego życia. W pełni, po brzegi, do syta. Nic piękniejszego! I nic bardziej złudnego w życiu człowieka. Nigdy nie dano mi mniejszej łyżki, a jak już się trafiła, to od razu wymieniałem na moją - największą, bo wiedziałem gdzie, i wiedziałem, że na pewno jest. 

Dzisiaj wiem, że wielka łyżka to nie wszystko, że trzeba od czasu, do czasu, zjeść tą najmniejsza, żeby docenić faktyczny kunszt dania, żeby docenić to, co faktycznie ma się w talerzu. Żeby wiedzieć, że najprawdziwsze szczęście trzeba dawkować i nie można przełknąć go na raz. 

Każdy z nas to wie. Każdy, kto jadł całe życie dużą łyżką. Oddaję wielki szacunek tym, co znali smaki z małej łyżeczki od zawsze - najprawdziwsze smaki szczęścia. Bo ileż pracy potrzeba aby zjeść tą małą łyżką, najwspanialsze dania świata. 

Przepraszam, jeżeli wywyższałem się zjadając ‚na raz’. Dziękuję, że ciągle chcecie jeść ze mną przy jednym stole. 

niedziela, 6 sierpnia 2017

Księżyce sierpniowe

Za kilka dni zaczną się pojawiać. Wielkie i potężnie pomarańczowe, tuż nad dachami domów, bloków, nad lasem i górą. Fascynujące i piękne. Olbrzymy, zwiastuny nowego, dające znać, że za moment przyjdzie on… miesiąc zmian - wrzesień. Od lat czasu, kiedy dzieje się wszystko. Wszystko kończy się i zaczyna. Inaczej być nie może, to harmoniczny rytm, tętno życia. I nie muszę nic z tym robić, wiem, że samo przyjdzie i wszystko się odmieni. Właśnie wtedy. Przebiegunowanie życiowej skorupy, kalibracja kompasu, przewartościowanie wartości, zegar wstecz, licznik na zero i od nowa. Odnowa. 

Para buch, koła w ruch. 

Plus milion do asertywności, kilka procent więcej do odczuwalnego egoizmu, kilka stopni więcej w hierarchii własnej świadomości. Hektolitry tłoczonej w serca rurach miłosnej kanalizy, która tłoczy się tam ciągle, aż wystrzeli w końcu pokrywą studzienki w miasto, wiatr, powietrze i kosmos.  A wystrzeli na pewno. Lada wrześniowy dzień. 

Póki co z dodatkiem Egri bikavér emotikonuję wieczorne dobranoc, po to, aby przenieść się tam gdzie będzie najwygodniej spoglądać w niebo i obserwować moje sierpniowe giganty. Kiedyś uda mi się ich dotknąć. Kiedyś będę jednym z nich - sierpniowym księżycem.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Ta droga przede mną...

Jak to jest czuć wszystko, wiele i więcej, i za cholerę nie mieć możliwości w pełni się tym dzielić?
Jak to jest co rano wstawać, budzić się, co jakiś czas obok i ten cały jebany świat zamykać w kilku ścianach? Jak to jest wierzyć w rzeczy, których nie możesz wyznać, wrzucić na afisz, wykrzyczeć i wydrapać kamieniem na murze?

Wstać z łóżka, ubrać się i wyjść, a potem po prostu stać się akceptowalnym oszustem, przypadkiem tylko razem kupować makaron i pomidory. Nie trzymać za rękę, nie patrzeć zbyt głęboko w oczy, napinać mięśnie siedząc na ławce wtedy kiedy chcą objąć. Przed wejściem do pociągu żegnać się uściskiem dłoni, trzymając całe wnętrze zakneblowane do bólu i potu, aż sine. 

Jak to jest planować ślub, wspólny dom, ogród i przyjęcia z najbliższymi i całą wielką rodziną? 
Jak to jest posiadać najpotężniejsze na świecie szczęście i nie móc dać jego kawałka Matce czy Ojcu. Jak to jest patrzeć Matce w oczy i tłumaczyć brak swojej obecności na obiedzie koniecznością nadgodzin w robocie? 


Obyś nigdy nie musiał tego wiedzieć. 



sobota, 20 maja 2017

Spokój

Spokój

To taki duch - niecierpliwy, trochę wariat, często ucieka ale ciągle jest. Mój spokój ukryty jest w dźwiękach gitary, zapachu kawy, nie tylko słodkich pysznościach, starej szkoły rysunkach na papierze i ciele. 


Dziękuję Wam - mój spokoju.

wtorek, 7 lutego 2017

Twój

deszczem 
nie z rynny

z rury

deszczownicą 
spada na podłogę kolejny dzień

chlor?

bez niego ani rusz

nie da się bez chloru

ja mam swój
ty masz swój

i każdy z nas jest chlorem 


czyimś.

Czarne/czerwone

jazz?
ciągle gra

przemijają dni jak 
szalone konie

w dzikich odmętach 
to w prawo 
to w lewo

serce jakby miłości pełne
ale to chyba zwykłe porno tylko

pstryk
kolejna dobra
i czas

i cały ten czas

przemija

jak błyskawice 
momenty
czarne

czerwone